Ostatnio często łapię się na tym, że myślę o rebelii zupełnie inaczej niż kiedyś. Nie jak o czymś głośnym, manifestacyjnym, tylko raczej cichym. Takim, co dzieje się bardziej w środku niż na zewnątrz.
Mam wrażenie, że w tworzeniu – szczególnie w internecie – bardzo łatwo jest zgubić siebie. Zaczynamy z jakąś intencją, z chęcią powiedzenia czegoś ważnego, a potem powoli zaczynamy się dopasowywać. Do tego, co się klika. Do tego, jak „powinno się” mówić. Do tego, co jest bezpieczne.
I nawet nie zauważamy momentu, w którym bardziej myślimy o tym, kto może to zobaczyć, niż o tym, co naprawdę chcemy powiedzieć. Zaczynamy się pilnować. Wygładzać zdania. Ucinać myśli w połowie, bo „może to za dużo”. Albo „może ktoś to źle zrozumie”.
A przecież większość ważnych rzeczy nie przychodzi w formie gotowych, mądrych komunikatów. One są nieidealne. Czasem nieskładne. Czasem pojawiają się dopiero w trakcie mówienia albo pisania.
Coraz częściej myślę, że prawdziwa rebelia w tworzeniu nie polega na robieniu czegoś na przekór. Nie polega na łamaniu zasad dla samego łamania. Dla mnie to raczej decyzja, żeby przestać się aż tak kontrolować.
Żeby pozwolić sobie mówić wolniej, kiedy wszyscy pędzą. Żeby zostawić ciszę tam, gdzie zwykle wrzuca się call to action. Żeby zadać pytanie zamiast udawać, że ma się wszystkie odpowiedzi.
Może Twoja rebelia to właśnie to, że nie chcesz już tworzyć pod spojrzenie. Że nie chcesz pisać pod ocenę ani pod algorytm. Że chcesz mówić tak, jakby po drugiej stronie był jeden konkretny człowiek, a nie publiczność.
Bo najważniejsze treści nigdy nie były dla wszystkich. One zawsze trafiały do tych właściwych. Do kogoś, kto czyta i myśli: „kurczę, dokładnie tak”.
I serio ciekawi mnie jedno. Jak wyglądałoby Twoje tworzenie, gdybyś przestała się zastanawiać, jak to zostanie odebrane, a zaczęła sprawdzać, czy to jest prawdziwe dla Ciebie?
Nie musisz mieć na to odpowiedzi od razu. Czasem samo pozwolenie sobie na to pytanie już coś zmienia.
Może właśnie w tym jest Twoja rebelia.
Chciałam pisać własnym głosem, więc czemu tego nie robiłam?
Odkąd prowadzę swoją JDG (to już 2 lata w tym miesiącu!) zaczęłam działać na Instagramie.
Bardzo lubię to miejsce, zarówno pod kątem wizualnym, jak i pod kątem formy, jednak… Coś mi tu haczyło.
Sama uczyłam i nagrywałam dla ludzi rolki i “sprzedawałam” im po troszę wiedzę, która jest “obowiązkowa” na platformie, jeśli chcesz monetyzować swoje działania. Z drugiej strony, czułam wewnątrz niezgodę na to by mówić ludziom “hej wyskakuj z lodówki, a teraz zrób to i to, bo się klika”. Boszz… jakie to “tradycyjne edukowanie” było nieludzkie, pozbawione człowieka, a raczej jego zauważenia. Niezły potrzask, co?
Spójrz choćby na mój feed – rolek mam na nim, jak na lekarstwo, właśnie dlatego że nigdy nie chciałam tworzyć tak jak instaguru, ale nie wiedziałam też, jak to jest robić rolki po mojemu. Przez jakiś czas byłam jak Czerwony Kapturek zagubiony na drodze do babci. Paradoks! Nie dość, że nie wiedziałam “jak”, to zastanawiałam się: KIM ja jestem, skoro uczę ludzi, a sama reprezentuję “ciszę rolkową”. Nadmienię, że jeśli chodzi o instastories to jest miejsce gdzie praktycznie z buta biorę telefon i do Was mówię. Może jest tu mniej reżyserki a czystego flow? Ciekawe.
Poczucie bycia niewystarczającym content creatorem podważało moją pewność siebie. A wiecie, głowa to nasz najlepszy przyjaciel, jak i wróg. Trzeba nauczyć się z nim obcować.
Próbowałam wielu rzeczy, , aby przetrwać życie w tej instagramowej dżungli,najczęściej jednak były to próby dopasowywania się do aktualnych trendów. No wiesz – do mówienia w klimacie sprzedawanym przez “większych ode mnie”. Dziwne tylko, że nigdy nie czułam ulgi. Dopadało mnie niezidentyfikowane jeszcze wtedy uczucie: zdrada. A konkretnie: Zdrada siebie.Mocne. Mocne mocne w ch*** (jak teraz na to patrzę).
I tak oklejałam się plasterkiem, którym było tworzenie karuzel, ale głównie instastories. Czułam, że do tego mi najbliżej, a może raczej do człowieka, który mnie zaobserwował? To był mój przełom. Kiedy zaczęłam analizować DLACZEGO tak się dzieje, dlaczego najbardziej ciągnie mnie do ludzi, a nie do produkowania contentu, doszłam do wniosku, że jestem typem człowieka, mocno skoncentrowanego na EMOCJACH. Emocje to mój fundament funkcjonowania. A emocje, najlepiej pokazać jest mi tu i teraz. Na żywca. Bez stupięćdziesięciu filtrów i hookowych przejść.
Ha! No dobra, tylko, co dalej z tym Pani Domko? Jak to obejdziemy, aby jednak te rolki się publikowały, ale tak bardziej Twoim własnym głosem? Hmm… Droga kręta jest, jednak dzięki moim doświadczeniom i byciu szczerą ze sobą, posiadam już pewną przewagę: wiem, jakie wyboje mogą się na niej pojawić. A to już, słuchajcie, dużo!
Już nie zastanawiam się nad tym, czy mogę pisać o swojej drodze, pokazywać ją z całym dobrodziejstwem prób i tzw. błędów. Zaczynam od pisania! Tak, tu i teraz do Was powstaje ten tekst (a trochę dla mnie), który osadza mnie w tym, że jestem ENOUGH i że mam dużo do pokazania, powiedzenia, i że JESTEM w swojej MARCE WARTOŚCIĄ do cholery (proszę wyszyć mi to na koszulce)! Trzeba tylko i aż w to uwierzyć ❤️. A że wiara nie przychodzi jak grom z jasnego nieba, to piszę, aby sobie pokazać tą prawdę.
Chcę Wam tą krótką opowieścią przekazać, że w każdym z nas mogą być dwa wilki. I to jest naturalne, jednak kluczem jest ich zauważenie i korygowanie ich zachowań i kierunków. Zawsze będzie coś “do poprawy”, ale co jeśli naprawdę opublikowane jest lepsze od korygowanego milion razy?
Biznes to największy jak do tej pory mój portal samorozwoju. Tyle co ogarnęłam względem swojej osoby przez te 2 lata to chyba przez całe życie. I content ma w tym swój udział. Ale lubię to! Mimo, że bywa ciężko, to robi się lżej ❤️
Każde podwórko ma studnie wstydu.
Wyobraź sobie studnie. Studnie wstydu. Nie za głęboką, taką dość płytką, po której unoszą się na powierzchni słowa czy frazy., Gdy Twój wzrok spogląda na nie, ,, Twoje ciało nie wie, czy ma uciekać czy wejść do studni i podtopić się nimi. Właśnie takie są te słowa: potrafią wejść pod skórę i postawić Cię do pionu tak, byś się nie wychylała.
“Powinnaś pisać jak inni”; “Nie dostosowujesz sie do panujących tu zasad”; “Nie jesteś w trendzie”; “Po co w ogole piszesz”; “Będą się z Ciebie śmiać”
– czy już coś czujesz? Poczekaj, mam więcej!
“Powinnaś publikować więcej”, “Nie jesteś wystarczająca by o tym mówić”, “To nikogo nie zainteresuje”.
Jeeezu, aż ja poczułam niepokój! Studnia wstydu zawsze stoi na naszym podwórku, czasem gęstsza w negatywy, czasem rzadsza. Jednak będzie ZAWSZE. To co możemy z nią zrobić to dostroić do jej obecności i wyciągać z niej te obce frazy i opakowywać w ŻYCZLIWOŚĆ do siebie.
Bejbe, właśnie zrobiłam to ćwiczenie i aż sama byłam zdumiona, że poklepałam się po ramieniu po raz pierwszy od dawna z czułością. Zobacz moje słowa ze studni wstydu: “piszesz zbyt emocjonalnie” a tu studnia mojej prawdy: “Emocje są nośnikiem Twojego przekazu” . Czujesz różnicęe? Ba! Ja ją nawet czuje w bebechach!
Uwalniające ❤️